niedziela, 29 stycznia 2012

1 września 2011


Zastanawiałam się ostatnio, co mogę zrobić z tym, żeby czuć się lepiej. Nie od dziś wiem, że moje problemy ze zdrowiem wynikają stąd, że nie radzę sobie z emocjami i zer stresem. Pierwsza K. poradziła mi: „ Ej Ty, może idź na jogę”. No to poszłam.
Tak się dobrze złożyło, że nasza wspólna koleżanka H. chadza już i postanowiłyśmy chodzić razem. Poszłam nieco uprzedzona. Wiele się nasłuchałam o tym, jakie świetne efekty to daje. Wiele nasłuchałam się o całej ideologii, jaka się łączy z uprawianiem jogi, a że ideologiom wszelakim jestem niechętna… W każdym bądź razie poszłam, żeby przekonać się na własnej skórze.
Poszłyśmy na ashtangę. Już w pierwszej chwili poczułam się fajnie, bo prowadząca była bardzo miła. Ucieszył mnie fakt, że akurat w tym konkretnym rodzaju jogi nie chodzi o perfekcję i w wykonywaniu tzw. asanów tylko o to, żeby każdy ćwiczył na ile może i z czasem się doskonalił. Dla mnie było to niezmiernie ważne, bo choć jestem dobrze rozciągnięta, to do wysportowanych nie należę. Wymiękłam po dwóch seriach i ciężko było mi utrzymać oddech, ale wyszłam zrelaksowana jak nigdy. Zrelaksowana i jednocześnie nie przemęczona. Kurde, coś w tym musi jednak być. Jestem pod wrażeniem i chadzać mam zamiar razem z H. regularnie.
Jest jeszcze jednak sprawa. Muszę się pochwalić. Na Onecie był konkurs. Trzeba było wymyślić hasło reklamowe dla internetowych kursów językowych British Council. Wysłałam i kurde bele wygrałamJ! Wygrałam voucher na komputerowy egzamin FCE wart jakieś pięć klocków. Przymierzałam się do tego, żeby zrobić sobie jakiś papier potwierdzający moją znajomość języka. Co prawda myślałam o czymś trudniejszym, np. CAE, ale po pierwsze brak mi mobilizacji, po drugie kasy. Teraz, kiedy egzamin mam za darmo, nie pozostaje nic tylko iść i zdać. Cieszę się strasznie, bo z takim papierem mogę już uczyć dzieciaczki w szkole językowej albo w podstawówce czy przedszkolu. Przyda mi się to.
Reasumując, fajnie się dzieje ostatnio. W życiu moim i w ogóle.

25 sierpnia 2011


Jestem dobra. Jestem dobra w tym, co robię.
Dziś dostałam pierwszą oficjalną pochwałę od szefa. Wysmarował do mnie bardzo ładnego maila, w którym gratulował się odwalenia kawału dobrej roboty.
Ha! Radzę sobie świetnie bez niczyjej pomocy. Jestem dobra. Ha!:)

20 sierpnia 2011


Dziś miałam kolejny koncert. Fajnie było.
Przyszła masa moich znajomych. Nawet  dalsi, po których bym się tego nie spodziewała. I rodzice byli. Cieszę się. Może mój zespół w końcu będzie miał ręce i nogi, bo póki co chłopakom ciężko zmobilizować  się do pracy, a nie są niestety tak dobrzy, żeby wszystko chwytać w lot.
Śpiewałam też po polsku. Piosenki z muzyką Krzysztofa Komedy. To zawsze moja ulubiona część grania. Dziś już nikt nie pisze tekstów jak Osiecka, a o muzyce Komedy pisać nie trzeba, bo jest genialna. Zaprosiłam też znajomych z pracy. Nikt nie przyszedł. I dobrzeJ.
Powoli zaczynam się wyrabiać w pracy i mniej przejmuję się tym czy wiedzą. Jestem z siebie dumna, bo do wszystkiego dochodzę sama i idzie mi to bardzo sprawnie. Dostałam do prowadzenia swój mały projekcik i powoli zaczyna mieć to ręce i nogi. Wahłam się czy nie zająć się nim w weekend, ale dostałam reprymendę od rodziny i znajomych, że biorę robotę do domu, więc się utrzymałam.
Stało się jak mówiłam. Jest dobrze. Kryzys minał. Co najważniejsze bez ingerencji farmakologicznej. Kolejny powód do dumy. Cieszę się niezmiernie.

14 sierpnia 2011


Wróciłam dziś do Wielkiego Miasta. Cały weekend spędziłam z rodzicami. Wpadła też Pierwsza K.
Jestem trochę spokojniejsza. Dalej boję się, że w pracy wiedzą, że odwiedzałam swego czasu poradnię zdrowia psychicznego, ale teraz wiem też, że przesadzam ze swoimi obawami. Jak zwykle zresztą. Wszyscy mówią: ”Nie daj się wpędzić w kanał choroby. Świetnie sobie radzisz, nie poddawaj się.” Jest w tym coś. Nie zmienia to jednak faktu, ze strasznie się boję. Taka już moja natura. Zresztą jak mam się nie bać, jeśli mam doświadczenia, jakie mam.
Gdy brałam jeszcze leki i mieszkałam w B., poszłam prywatnie do neurologa, bo coś dziwnego działo się z moją lewą dłonią. Skierował mnie tam lekarz pierwszego kontaktu. Poszłam prywatnie, bo państwowo musiałabym czekać wieczność. Neurolog był miły do momentu aż powiedziałam, że przyjmuję neuroleptyki. Wtedy stwierdził, że jedząc w niedzielę za mocno się podpieram i to pewnie dlatego cierpnie mi ręką. Dostałam receptę, a na niej… lek na zgagę! Cudownie. Nie miałam siły z nim gadać i nie chciałam.
Dlatego mimo wszystko boję się iść do pracy i nie wiem, co robić. Najlepiej chyba po prostu pracować jak gdyby nigdy nic. Musi być dobrze. Nie ma innej opcji. Poza tym dziś widziałam chyba najpiękniejszą tęczę w moim życiu. Przecinała w poprzek całe ciemnogranatowe niebo. Wszyscy ludzie wyciągnęli aparaty, co też uczyniłam i ja. Zdjęcie nie wyszło, ale pojawił się na mojej twarzy uśmiech. Musi być dobrze.

17 sierpnia 2011


I oto jest. Mój pierwszy kryzys. Pierwszy tak poważny odkąd przestałam brać leki. Nie wiem, co mam robić.
Dowiedziałam się, że moja koleżanka z pracy pracowała jako wolontariusz w poradni, w której leczyłam się przed pierwszym epizodem. Tym sposobem machina uruchomiła się.
Czy ona wie? Pewnie tak. Co teraz? Pewnie zaczną mnie traktować jak trędowatego, pewnie zaczną się mnie bać, pewnie nie mam już czego szukać w tej pracy.
Szansa, że mnie kojarzy jest mała, ale co z tego skoro jednak jest… Nie daje mi to spokoju.
Duże Miasto liczy sobie kilkaset tysięcy mieszkańców. Firma, w której pracuję ma setki pracowników. Ze wszystkich firm i ze wszystkich ludzie, z którymi mogłabym potencjalnie współpracować, musiałam trafić akurat na kogoś, kto może wiedzieć.
Gorszego pecha mieć nie mogę.
Jadę do domu. Muszę się naradzić z rodziną. Może pora ponownie odwiedzić lekarza i zacząć łykać to gówno.

5 sierpnia 2011


Nie znoszę mojej pracy. Wystarczył tylko jeden dzień, żeby przekonać się, że nie trafiłam dobrze. Nie wiem czy to ja za bardzo się wszystkim przejmuję czy naprawdę jest tam aż tak strasznie.
Nikt mi nie pomaga, nikt mnie nie szkoli, nikt niczego nie pokazuje. Jestem zdana sama na siebie, a przecież, do jasnej ciasnej, to moja pierwsza poważna robota. Mam prawo nie wiedzieć.
Jestem zła i na siebie i na mojego szefa i współpracowników. Na siebie dlatego, że się tak bardzo tym przejmuję, a na resztę, że są na tyle chamscy albo i niekompetentni, żeby pokazać mi jak mam pracować.
Kurde, z tego wszystkiego zapomniałam, że Druga K. ma dziś poważną operację. Muszę zadzwonić do niej. Z kolei Pierwsza K. miała wypadek, z którego na szczęście wyszła cało, choć nie wyglądało to dobrze.
Co za gówniany czas!

25 lipca 2011


Postanowiłam odświeżyć stare znajomości. Po pierwszym epizodzie wzięłam urlop dziekański i tym sposobem rozeszły się moje znajomości. Pamiętam jak dziś, gdy znajomi wydzwaniali do mnie zapraszając na kolejne imprezy, a ja siedziałam w domu  nie robiąc właściwie nic. Nie, przepraszam. Raz na dwa tygodnie udawałam się do przychodni na zastrzyk. Rispolept Consta 25 mg. Moje remedium i zarazem trucizna.
Chyba jestem fajna, bo mimo wciąż upominają się o mnie starzy znajomi. Nawet po takim czasie i takim rozluźnieniu kontaktu. Dziś np. wybrałam się S. na małe piwko. Było bardzo miło. Przyprowadziła swojego kolegę R.
R. jest dziwną osobistością. Kilka lat temu wyjechał z UK, przerwawszy uprzednio studia i odtąd jest w ciągłej podróży. Nie wiem, o jakim kraju myśli, gdy ktoś pyta o jego dom. W miejscu, w którym się wychował nie był dawno temu, opuścił je bez żalu, nie wiem nawet czy kontaktuje się ze swoimi bliskimi. Nie wiem też skąd S. go wytrzasnęła.
R. jest przystojny i inteligentny. Od razu przykuło to moją uwagę. Szybko zorientowałam się, że nie tylko moją. Wokół niego kręci się masa ponętnych kobiet, a on zdaje się nie zwracać na nie uwagi. Może to dlatego, że został konserwatywnie wychowany – wnioskuję po jego poglądach na pewne sprawy. Myślę, że mogłabym poflirtować z R., ale nie znoszę tłoku, a wokół niego jest masa pięknych kobiet.  Dziwna jestem.
Ciekawą rzeczą jest fakt, że R. jest żywym przykładem tego, jakie różnice kulturowe panują między wcale nie odległymi krajami. Głównie dlatego o nim piszę. R. nie czuje kontekstu i żartu. Wszystko bierze śmiertelnie poważnie. Już nie wiem jak jeśli nie uśmiechem i tonem głosu dać mu do zrozumienia, że w tym momencie żartuję.
W weekend idziemy razem z R. i S. na urodzimy do E. I tu kolejny joke związany z tym, że R. jest jednak z innego kraju i przy tym trochę z innej planety. Zażartowałyśmy z dziewczynami, że najlepszym prezentem dla E. będzie striptiz w jego wykonaniu. S. podchwyciła temat i odpowiada na to, że jeśli to zrobi, to będzie prezent dla wszystkich, nie tylko dla E. Biedny R. odebrał to śmiertelnie poważnie i teraz pewnie ćwiczy w domu układy taneczne rodem z erotycznych filmów klasy B. Nie mogę doczekać się weekendu. Może być zabawnie.