Jakiś czas temu napisałam, że zapisałam się na kurs prawa
jazdy. Nie napisałam za to, ile zdrowia zachodu przyniosło mi to, żeby w końcu
wsiąść za kółko. Zapisałyśmy się razem z O.- moją współlokatorką. Była jakaś
promocja dla Pań, jedyne 800 zł, więc poszłyśmy. Pomyślałam, że czas najwyższy.
Poza tym przyda mi się to w pracy.
Poszłyśmy więc. Okazało się, że cena jest tak promocyjna, bo
właściciel szkoły jazdy jest bankrutem. Żaden instruktor nie chciał u niego
pracować i tym sposobem trafiłam na Bercika – mojego trzeciego i mam nadzieję
ostatniego instruktora. Nazwałam tego pociesznego Pana Bercik, bo jakiś czas
temu oglądałam w TVN-ie serial para dokumentalny o kursach jazdy na Śląsku. No
i był tam przekomiczny instruktor Bercik, a jako, że i mój jest przekomiczny,
to nadałam mu takie samo imię,
Trzeba wiedzieć o mnie jedno. Jestem totalną drogową
fajtłapą. Tak długo zabierałam się do pójścia na kurs, bo mam poważne
wątpliwości co do tego, czy w ogóle powinnam jeździć. Poza tym oczywiście boję
się jeździć po Dużym M.
Pierwsza jazda z Bercikiem była tydzień temu. Od razu
wiedziałam, że mam do czynienia z człowiekiem innym niż każdy. Zaczęło się od
tego, że umówiłam się z nim pod szkołą jazdy, a Bercik nie przyjechał.
Oczywiście byłam wściekła. Poszłam od razu do właściciela, powiedziałam, że mam
już tego dość i zażądałam zwrotu dokumentów w celu przeniesienia ich do innej,
lepszej szkoły. Właściciel dał mi je, ale po chwili zadzwonił do mnie Bercik i
zaczał: „ Weź, daj spokój, czekaj, jadę już po Ciebie. Dziewczyno, ceregieli
nie rób. Żeśmy się umówili pod moim domem, bo z każdym się tak umawiam. Zaraz
będę. Nie jedź do domu. Weź daj spokój, dziewczyno!”. To była nasza pierwsza
rozmowa. Potem było już gładko. Po godzinie jazdy wiedziałam już wszystko o
właścicielu szkoły, jego młodej kochance i tarapatach finansowych, w jakie
przez nią popadł. Wiedziałam też, że Bercik ma dwójkę dzieci, żonę w USA i że
spódniczki też lubi, zwłaszcza młodsze. Chociaż w sumie wiek chyba nie gra
roli, bo gdy usłyszał, że mój tato jest w Hiszpanii, a mama sama w Polsce,
domagał się, żebym koniecznie umówiła ich na kawe. Naśmiałam się szczerze jeżdżąc
z nim po mieście. Szkoda tylko, że nie pozwalało mi się to skupić na jeździe i
doprowadziłam do kilku niezbyt bezpiecznych sytuacji. Jedna miała na przykład
miejsce, gdy na rondzie nagle krzyknął: „ O patrz, patrz, taką se dachówkę
kupiłem do domu. Fajna nie? Taka brązowa, ale nie ciemna bardzo”. Pożegnał mnie
za to stwierdzeniem: „Ja mam tylko nadzieję, że do zimy Ty się nauczysz
jeździć, bo jak nie, to jak założysz ciężkie buty to i mnie, i siebie zabijesz
jak tak będzie jeździć”.
Hmm, będę walczyć, ale może to, że mam trzeciego z kolei
instruktora to nie tylko wina szkoły, ale i mojej fatalnej jazdy? Się okaże.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz